Papież Leon XIV skierował przesłanie do abp. Salvatore Pennacchia, byłego nuncjusza apostolskiego w Polsce, a obecnie prezydenta Papieskiej Akademii Kościelnej w Rzymie, z okazji 50-lecia jego kapłaństwa. Odczytano je w niedzielę 18 października podczas Mszy św. dziękczynnej w sanktuarium Matki Bożej Pokoju w Giugliano in Campania koło Neapolu.
Ponad 50 lat życia na misji, praca z dziećmi ulicy i pomoc ludziom dotkniętym wojną. O. Renato Kizito Sesana, kombonianin, odnalazł swoje miejsce w Afryce, gdzie wraz ze wspólnotą Koinonia pomaga najbardziej potrzebującym. „Nawet w najtrudniejszych chwilach myślałem: moje miejsce jest tutaj” – mówi.
Guglielmo Gallone, s. Róża Chrzanowska CSFN
Wszystko zaczęło się od fotografii opublikowanej w czasopiśmie „Nigrizia”. Przedstawiała misjonarza w białym habicie, który przemierzał sudańskie mokradła, niesiony na plecach młodego Afrykanina. Dla młodego wówczas Renato Sesany obraz ten stał się inspiracją do wyboru drogi misyjnej. Z czasem zaprowadziła go ona do Konga, Zambii, Kenii i Sudanu. W Afryce przyjął imię Kizito, na cześć najmłodszego z ugandyjskich męczenników.
„Chciałem utożsamić się z Afryką, kiedy składałem śluby zakonne i wybierałem afrykańskie imię” – wspomina. Z czasem imię nabrało dodatkowego znaczenia, ponieważ jego misja niespodziewanie związała się z dziećmi ulicy. „Nigdy nie myślałem, że będę pracował z dziećmi ulicy, dopóki same nie pojawiły się na mojej drodze” – przyznaje.
Ewangelia blisko ludzi
O. Kizito podkreśla, że jego rozumienie misji zmieniało się przez lata. Początkowo pragnął dzielić się Ewangelią, z czasem coraz bardziej odkrywał jednak, jak wiele sam otrzymuje od spotykanych ludzi. „Nie ja przynosiłem Ewangelię. Duch Święty był tam przede mną i już działał w sercach ludzi” – mówi.
W jego doświadczeniu wiara łączy się z codzienną troską o podstawowe potrzeby. „W Afryce podanie komuś jedzenia jest odruchowo gestem duchowym” – zauważa misjonarz, wskazując na bliskość wymiaru materialnego i duchowego, które w innych kulturach bywają rozdzielane.
Największą radość daje mu obserwowanie ludzi, którzy dzięki otrzymanej pomocy odzyskali godność i zbudowali własną przyszłość. Przez ośrodki prowadzone przez Koinonię w Kenii przewinęło się około 3,5 tys. dziewcząt i chłopców. Wielu z nich założyło rodziny, a niektórzy sami zaangażowali się w pomoc kolejnym potrzebującym.
„Czuję radość, że zrobiłem w życiu coś dobrego. Jednocześnie dziękuję Panu, bo to On z pewnością uczynił więcej niż ja, pomagając tym ludziom odzyskać godność i otworzyć się na nowe perspektywy” – podkreśla.
Pozostać mimo niebezpieczeństw
Misja oznacza również konkretne wyzwania: zdobywanie funduszy, organizowanie ośrodków i mierzenie się z trudnościami w regionach dotkniętych konfliktami. W Sudanie, w górach Nuba, o. Kizito wielokrotnie znalazł się w niebezpieczeństwie. Wspomina ucieczkę samolotem ostrzeliwanym przez moździerze wojskowe. Pilot nie wyłączył silnika, a po zabraniu pasażerów natychmiast wzbił się w powietrze.
Czy kiedykolwiek myślał o powrocie do Włoch? „Czasami przychodziła mi do głowy taka myśl, ale nigdy nie stała się realnym planem. Nawet w najtrudniejszych chwilach mówiłem sobie: nie, moje miejsce jest tutaj i nadal będę tu żył – wyznaje kombonianin. – Myślałem, że mogę zostać przez ten ból pokonany, a nawet umrzeć tutaj, ale nie o tym, żeby wyjechać”.
